Środy z historią: Z nieba do piekła

Maksymilian Hebel uderza w poprzeczkę, do piłki dochodzi Sławomir Duda. Nie trafia. Remisujemy z Chrobrym Głogów. Kilka dni później jedziemy do Katowic na ostatnią kolejkę Fortuna 1 Ligi w sezonie 2018/19. Nadzieje są spore. Wydaje się, że wszystko jest w naszych rękach. Przecież Wigry nie mogą wygrać z Rakowem w Częstochowie…

Początek roku 2019 nie był dla Bytovii zbyt udany. Długo wyczekiwanie zwycięstwo w Fortuna 1 Lidze po długiej przerwie wciąż nie przychodziło. Trudno było pokonać serię remisów i porażek. Dopiero w spotkaniu z Chojniczanką doszło do przełomu. Pierwsza wygrana od kilku miesięcy. W końcu mogliśmy cieszyć się w szatni po meczu i uwiecznić radość naszych piłkarzy na zdjęciu. Był to powiew optymizmu, ale nie można było popadać w samozadowolenie. Czekał nas jeszcze trudny bój o ligowy byt. Już tydzień później ruszyliśmy do Opola na spotkanie z bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie.

Mecz z Odrą zaczął się dla nas idealnie. Już w 10 minucie wynik otworzył Mateusz Kuzimski, dla którego był to ósmy i zarazem ostatni gol dla Bytovii w I lidze. Niestety jeszcze tuż przed przerwą bramkę wyrównującą dla gospodarzy zdobył Szymon Skrzypczak. Napastnik opolan trafił do siatki po raz drugi w 74 minucie meczu, ustalając wynik na 2:1. Szkoda, ale nie był to jeszcze gwóźdź do trumny. Czekały nas dwa trudne mecze. Najpierw Chrobry Głogów u siebie, a następnie wyjazd do Katowic.

Rywalizacja z Chrobrym była jednym z kluczowych momentów poprzedniego sezonu. Przy wyniku 1:1 w jednej z ostatnich okazji meczu Maksymilian Hebel podszedł do rzutu wolnego. Uderzył w poprzeczkę. Do piłki dopadł jeszcze Sławomir Duda, który niestety nie trafił do siatki. Mecz zakończył się remisem. To własnie brak zwycięstwa w tym spotkaniu był jednym z czynników, który poważnie przyczyniły się do spadku Bytovii z Fortuna 1 Ligi.

Czekał nas jednak jeszcze jeden mecz. Wydawało się, że mamy spore szanse, aby zachować I-ligowy byt. Warunkiem była jednak wygrana z GKS-em Katowice i remis lub porażka Wigier na wyjeździe z Rakowem Częstochowa. Spodziewaliśmy się, że zespołowi z Suwałk będzie trudno odnieść wyjazdowe zwycięstwo z liderem rozgrywek, który tego dnia miał świętować na ulicach miasta awans do Ekstraklasy. Rzeczywistość okazała się jednak inna, niż zakładaliśmy.

– Jechaliśmy bardzo mocno zmotywowani i zdeterminowani na zwycięstwo. Wiedzieliśmy, że tylko 3 punkty mogą dać nam utrzymanie – wspomina główny bohater tamtego meczu Andrzej Witan. To własnie dzięki bramce bytowskiego golkipera w ostatnich sekundach meczu udało się zdobyć komplet punktów. Zacznijmy jednak od tego, co wydarzyło się w pierwszej połowie.

Po pół godziny gry sędzia odgwizdał rzut wolny. Podszedł do niego Filip Burkhardt. Precyzyjnym uderzeniem pokonał strzegącego bramki gości Grzegorza Barana. Wyszliśmy na prowadzenie. Nie cieszyliśmy się nim jednak długo. Już dwie minuty później gola wyrównującego zdobył Callum Rzonca. Sytuacja stała się więc nie najlepsza, ale nie była beznadziejna. Oczywiście warunkiem było strzelenie jeszcze jednej bramki oraz korzystne dla nas rozstrzygnięcie w Częstochowie.

Trzeba było więc ruszyć do walki. Nie mieliśmy nic do stracenia. Mogliśmy tylko zyskać. Z minuty na minutę malały jednak szanse na wciśnięcie decydującej bramki. Gdy w Częstochowie Wigry celebrowały zdobycie gola dającego zwycięstwo nad Rakowem, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów dalej na stadionie przy Bukowej sędzia odgwizdał rzut wolny. Po krótkiej naradzie piłkę zdecydował się dośrodkować w pole karne etatowy wykonawca stałych fragmentów gry w tamtym sezonie Filip Burkardt. W pole karne pobiegł nawet golkiper „Czarnych Wilków” Andrzej Witan. O tym, co wydarzyło się chwilę później, mówiła po meczu cała piłkarska Polska. Oddajmy jednak głos głównym bohaterom tamtych wydarzeń.

– Ciężko opisać nawet, co czułem. To było świetne uczucie duża radość i duma, że pomogłem drużynie. No i właśnie chwilę końcowym po gwizdku Mati Oszmaniec podbiegł do mnie i przekazał, że Wigry wygrały. Całe powietrze ze mnie wtedy zeszło – wspomina Andrzej Witan i dodaje – Atmosfera po meczu była fatalna. Panowało ogromne przygnębienie, bo przez minutę na boisku byliśmy w euforii, że w tak dramatycznych okolicznościach wygraliśmy i daliśmy rade się utrzymać. Szkoda, że tylko przez chwilę. Chociaż sam mecz wspominam dobrze. Ogromnym przeżyciem było strzelić bramkę. Ale czasami częściej niż do tego meczu, wracam myślami do meczów, które były wcześniej i do tego, co można było zrobić lepiej, aby ta wygrana dała jednak utrzymanie.

– Po golu Andrzeja wpadłem w ogromną euforię. Cieszyliśmy się, bo myśleliśmy, że dzięki tej bramce zostaniemy w I lidze. Bardzo trudno było mi się pogodzić z tym, że spadliśmy w takich okolicznościach. Byłem rozbity. Kilka tygodni zajęło, żeby ta sytuacja wypadła mi z głowy. Chyba wolałbym przegrać ten mecz, niż dostać taki cios w serce – mówi z kolei były obrońca Bytovii Jakub Kuzdra.

Trudno nawet opisać, co działo się po golu zdobytym przez Andrzeja Witana. To był emocjonalny rollercoaster. Bytovia w ciągu kilku minut przeżyła drogę z piekła do nieba, by ostatecznie na dobre trafić w piekielne czeluści. Rzadko widuje się, aby dorośli mężczyźni płakali. Tamtego dnia, jednak łzy same cisnęły się do oczu.

Był to dramat nie tylko piłkarzy z Bytowa, ale także graczy GKS-u. Licznie zgromadzeni na trybunach fani „GieKSy” liczyli na zwycięstwo i utrzymanie w lidze. Porażka nie wchodziła w grę. Chyba nikt tego dnia nie chciałby się znaleźć w skórze Bartosza Śpiączki, który kilka minut przed golem na 2:1 dla gości, mógł zdobyć bramkę dającą prowadzenie zespołowi z Górnego Śląska. Kto wie być może, gdyby wówczas trafił, to dziś GKS grałby na zapleczu Ekstraklasy. Co więcej, być może, gdyby spiker przed wykonaniem rzutu wolnego przez Burkhardta zdecydował się powiedzieć o sytuacji w Częstochowie, to Witan nie pomaszerowałby w pole karne. Wówczas nie trafiłby bramki, która pogrążyła katowiczan. Dziś można już tylko gdybać. Faktem jest, że 18 maja 2019 roku po niesamowitym starciu GKS Katowice i Bytovia Bytów spadły z Fortuna 1 Ligi.

Po meczu pojawiło się wiele głosów mówiących o postawie zawodników Rakowa w spotkaniu z Wigrami. Kibice „Czarnych Wilków” często podkreślali, że zabrakło im woli walki i ducha sportowej rywalizacji, w momencie, gdy byli już pewni awansu do Ekstraklasy. Przed meczem wydawało się niemożliwe, aby goście wywieźli choćby punkt z Częstochowy. Szczególnie że gospodarze chcieli zająć również 1. miejsce w tabeli, a ewentualna porażka mogła ich zepchnąć ze szczytu i nieco zepsuć fetowanie. W ostatecznym rozrachunku jednak Raków nie stracił mistrzostwa, dzięki potknięciu ŁKS-u, a Wigry mogły cieszyć się z utrzymania w Fortuna 1 Lidze.

Do dziś jest wiele niejasności na temat meczu Rakowa z Wigrami, dlatego, aby rzucić na całą sytuację nieco więcej światła, warto zapytać o zdanie osoby pracującej wówczas w „Klubie Dumnych Ludzi”. – Na pewno nie ma mowy o żadnym odpuszczeniu. Zespół walczył o mistrzostwo Fortuna 1 Ligi. Awans był już przyklepany, ale wszyscy chcieliśmy to wygrać. Nie mogły decydować żadne względy prywatne, czy cokolwiek innego. Przecież Bytovia gola zdobyła dopiero w samej końcówce meczu. Później nawet, niż stracił Raków. Ktokolwiek więc myśli, że w Rakowie odpuszczono, po prostu się myli – mówi Grzegorz Brudnik, który w poprzednim sezonie odpowiadał za komunikację i marketing w Rakowie Częstochowa.

Dwa dni temu minął dokładnie rok od pamiętnego meczu w Katowicach. Dzisiaj jest to już tylko bolesne wspomnienie. Teraz najważniejsza jest rywalizacja w II lidze, do której już wkrótce wrócimy po przerwie spowodowanej pandemią koronawirusa. Miejmy nadzieję, że w tym roku nasze wspomnienia będą zdecydowanie lepsze, a rozbrat z rozgrywkami na zapleczu Ekstraklasy już niedługo się skończy.