Znani niezapomniani: Maciej Maciejewski

Kilkadziesiąt metrów od bramki Ilie Cebanu. Do piłki podchodzi Maciej Maciejewski. Po chwili na trybunach w Bytowie słychać jęk zawodu, a później gromkie brawa po tym, jak piłka po strzale popularnego „Konia” trafia w spojenie bramki Wisły Kraków. Między innymi o tym pamiętnym meczu rozmawiamy z Maciejem Maciejewskim w nowym odcinku serii „Znani niezapomniani”.

Jesteś wychowankiem Bytovii. Jak wyglądały początki Twojej przygody z piłką jeszcze w latach 90.?

Początki były dość ciekawe. Wszystko zaczęło się od pana Kazika Dankiewicza. Był zawsze obecny na rozgrywkach szkolnych, takich jak Piłkarskie Piątki. Właśnie pan Kazik ściągnął mnie do juniorskich zespołów Bytovii. Zaczęło się od juniora B, a później sukcesywnie wszystko szło dalej przez juniora A do piłki seniorskiej.

Mieliście bardzo trudne warunki do grania w juniorach, bo drugie boisko było kiedyś piaskowe i nie było na nim zbyt wiele trawy.

Nasze warunki były bardzo ograniczone. Musieliśmy grać na boisku piaskowym. Z jednej strony była to dla nas ciężka sprawa, ale z drugiej, gdy zespoły rywali do nas przyjeżdżały i grały np. drużyny z Trójmiasta i innych większych miast, to nigdy nie mogły się odnaleźć na tym boisku. Dlatego też mieliśmy takie dobre wyniki w meczach domowych. Zajmowaliśmy przyzwoite miejsca w tych ligach juniorskich. Wówczas w pomorskiej lidze juniorów grały mocne ekipy, praktycznie całe Trójmiasto: Arka, Lechia, Bałtyk, także była to mocna liga. Bardzo dużo chłopaków z tych lig później grało w piłkę seniorską w tych klubach.

Trudno było przebić się do pierwszej drużyny, czy to było naturalne przejście z juniora do seniora?

To było sukcesywne, bo cały czas grałem w juniorach i później, gdy wiekowo wyrosłem z tych grup, to trenowałem z seniorami i wskoczyłem do pierwszego zespołu. Oczywiście początki były różne, bo raz grało się mniej i innym razem trochę więcej, ale jak już wskoczyłem do pierwszego zespołu, to się tam utrzymałem.

Pamiętasz może swoje pierwsze mecze czy pierwszy sezon w Bytovii?

Pierwszego meczu w seniorach nie pamiętam. Z początków mojej gry w okręgówce wspominam spotkania z Brdą Przechlewo, Wybrzeżem Objazda czy Spartą Sycewice. Były to zespoły, które liczyły się w walce o awans i te mecze głównie zapadły mi w pamięci. Pod nieobecność Romka Cecha, gdy grałem na pozycji napastnika, to udało mi się strzelić nawet dwie bramki w meczu z Wybrzeżem.

No właśnie, w swojej karierze grałeś na kilku pozycjach. Występowałeś jako obrońca, pomocnik i napastnik. Na której pozycji grało ci się najlepiej?

Zdecydowanie najlepiej czułem się na boku pomocy. To była moja najlepsza pozycja. Później, gdy grałem na obronie, to mieliśmy różne zadania na boisku. Im wyższa liga tym było ich więcej, ale zdecydowanie najlepiej czułem się, grając właśnie na skrzydle.

A rocznik z którym byłeś w juniorach to była silna grupa młodych zawodników?

Byliśmy fajną, zgraną paczką. Jeśli chodzi o roczniki 82, 83 i 84. Wtedy w juniorach było tak, że najpierw grali juniorzy młodsi, a później grali juniorzy starsi. Bardzo dużo spotkań rozegrałem w taki sposób, że połówkę rozegrałem w juniorach młodszych, po czym przebierałem się w inny strój i od razu grałem w juniorach starszych. Także przez weekend grałem półtora meczu. Mieliśmy wtedy silną ekipę na tamte czasy. Grali wtedy Tomek Cierson, Krzysiu Zaborowski, Kamil Grabowski, Damian Kulas, Krzysiu Kreft, Krzysiu Wolski na bramce, także mieliśmy silną ekipę bytowiaków, plus jeszcze zawodnicy z ościennych wiosek. Później potoczyło się to już różnie. W piłce seniorskiej zostałem tylko ja, Krzysiu Kreft na początku i właśnie Tomek Cierson, a reszta miała albo kontuzje, albo inne problemy i tak rozmyła się ta nasza kadra juniorów.

Zaczynałeś w Bytovii w sezonie 2002/2003, gdy trenerem był jeszcze Czarek Kołakowski. Czy to była wówczas na tyle silna ekipa, że mogła wywalczyć awans do IV ligi?

Wydaje mi się, że tak, tylko jakoś zawsze brakowało tej kropki nad i. Zawsze mało brakowało, żebyśmy mogli awansować z trenerem Kołakowskim. Personalnie to była silna drużyna tylko zawsze czegoś brakowało do awansu. Trudno powiedzieć nawet czego. Wtedy jeszcze pewnych spraw nie widziałem z racji wieku. Byłem młody i niedoświadczony, także trudno jest mi powiedzieć czego wtedy brakowało.

Ale z perspektywy lat masz jakieś przemyślenia?

Na pewno nie brakowało nam mobilizacji, bo ta była zawsze, ale może zabrakło wtedy takiego podejścia wolicjonalnego, żeby wydobyć z tych piłkarzy ich zdolności sportowe, piłkarskie.

Jak na młodego wówczas zawodnika grałeś bardzo dużo. Myślisz, że to cię później ukierunkowało jako piłkarza? Zdobyłeś chyba masę doświadczenia?

Na pewno z każdym meczem to ogranie i doświadczenie było większe. Było oczywiście dużo łatwiej jeśli chodzi o zgranie na boisku i nabieranie pewności siebie. Dużą znaczenie w tym, że wówczas grałem miał przepis, że musiało grać dwóch młodzieżowców. Czasami były to wymuszone sytuacje, czasami nie. Jeżeli ktoś był bardzo dobry, to w meczu grało trzech czy czterech młodzieżowców, nie patrząc w ogóle na ten przepis. Jednak dzięki niemu ci młodzi zawodnicy mieli większe możliwości, żeby zaistnieć w seniorskiej piłce. Jak było ze mną to trudno powiedzieć. Nie wiem czy grałem przez to, że byłem młodzieżowcem, czy z innych powodów, ale na pewno po części występowałem właśnie dzięki temu przepisowi. Z każdym meczem doświadczenie było coraz większe, co dodawało jeszcze więcej pewności siebie i granie w seniorskiej piłce było dużo łatwiejsze.

Gdy przyszedł trener Walkusz przed sezonem 2004/05 uzyskaliście przekonujący awans. Co się zmieniło po przyjściu trenera Waldemara Walkusza?

Na pewno zmieniła się organizacja w klubie. To wszystko było bardziej poukładane. Personalnie też dużo się zmieniło, bo przychodziło sporo ludzi. pod tym względem na pewno byliśmy silniejsi niż w poprzednich sezonach, co zaowocowało awansem do IV ligi.

05.11.2005 r. Bytovia – Polonez Bobrowniki 3-0. Przy piłce Maciej Maciejewski.

Jak właściwie wspominasz trenera Walkusza, bo miałeś okazję współpracować z nim przez ładnych kilka lat?

Trener starej szkoły. Bardzo dobry motywator. Potrafił wykrzesać z zawodników maksa. Jak były różne obozy sportowe, to bardzo duży nacisk kładł na wytrzymałość, kondycję. Przez to dużo zawodników miało płuca do biegania.

Myślisz, że trener Walkusz był bardziej motywatorem niż trenerem? Potrafił bardziej zmotywować zawodników do osiągania celów niż samym szkoleniem wpłynąć na piłkarzy?

Na pewno prowadził ciężkie treningi. Bardzo mocno na nich zasuwaliśmy. Każdy był zlany potem. Szkoleniowiec musi być też motywatorem i psychologiem. Trener Walkusz taki był. Potrafił zmobilizować zawodników do maksymalnego wysiłku na boisku.

Czy po upragnionym awansie odczuwaliście dużą różnicę między okręgówką a IV ligą?

Nie był to jakiś kosmiczny przeskok, zdecydowanie większa różnica była pomiędzy IV a III ligą. Oczywiście w IV lidze zespoły były silniejsze, była to trochę inna piłka, ale jakoś nie odczułem wielkiego przeskoku sportowego. Większy był później w III lidze, bo jednak tam zespoły był z dużo wyższej półki, miasta do których jeździliśmy były dużo większe. Organizacja gry, wyjazdy i infrastruktura w III lidze zmieniły się na pewno bardziej niż po awansie z okręgówki do IV ligi.

Po trzech sezon cyklicznie wywalczaliście awanse. Najpierw z IV do III ligi i później z III do II ligi. Mieliście co sezon coraz większą motywację, żeby powalczyć o awans do coraz wyższej klasy rozgrywkowej? Czy przychodziło to po prostu naturalnie?

24.03.2007 r. Bytovia Bytów – Orzeł Trąbki Wielkie 2:0.

Zawsze cel był taki, żeby być jak najwyżej w tabeli, a że akurat z taką regularnością, że po trzech sezonach był awans, to na pewno nie było zaplanowane. Z każdym sezonem w tej wyższej lidze nabieraliśmy doświadczenia, ogłady i coraz lepiej rozumieliśmy jak grać. Personalnie wyglądało to też coraz lepiej i tak to wychodziło, że akurat co trzy sezony udawało nam się awansować.

Przejdźmy teraz do pucharów. Byliśmy mistrzami regionalnych Pucharów Polski. Trzy razy zagraliście w finale i dwa razy wygraliście. Mieliście może taki plan, aby co sezon powalczyć o zwycięstwo w pucharze?

Plan był zawsze taki, aby w Pucharze Polski zajść jak najdalej. Duży nacisk był na to kładziony, żeby w pucharach promować bytowską piłkę. Każdy mógł się tam pokazać, bo było dużo większe zainteresowanie piłkarzami, gdy graliśmy już na wyższym szczeblu. A że tak dobrze nam wychodziły mecze w Pucharze Polski, to później już tylko odhaczaliśmy kolejnych przeciwników z niższych lig, a z zespołami z wyższych klas rozgrywkowych, to mecze były już zupełnie inne. Byli to zdecydowanie trudniejsi rywale. Ze względu na to jednak, że taki nacisk był kładziony na puchary, to tak zawsze daleko zachodziliśmy.

Chyba najbardziej szkoda, że nie udało się wygrać meczu z Polonią Warszawa w 2007 r. już w centralnej fazie krajowego pucharu, bo wówczas niewiele zabrakło do zwycięstwa.

26.05.2007 r. Bytovia Bytów – Prime Food Brda Przechlewo 2:0.

Ten mecz był dziwny. Wydaje mi się, ze sędzia w dużym stopniu wypaczył wynik. Zbyszek Oblizajek był przekonany, że piłka przed tym zanim wpadła do siatki nie opuściła boiska i gol powinien zostać uznany, ale sędzia podjął inną decyzję. Tego meczu było bardzo szkoda.

Oczywiście nie mogę pominąć pamiętnego sezonu 2009/10, gdzie zaszliście wówczas tak wysoko na szczeblu centralnym krajowego pucharu. Strzeliłeś bramkę w meczu z Wisłą Puławy, który wygraliśmy po dogrywce 5:3. Jak wspominasz tamten mecz?

To było jedno z tych szalonych spotkań. Rzadko się gra takie mecze, że wygrywa się 3:0, po czym przeciwnik dochodzi nas na 3:3 i musi być dogrywka. Skończyło się jednak szczęśliwie. Zadecydowały bramki Karola Sadzika i Grzesia Kraski. w dogrywce. To był sezon, w którym było bardzo dużo meczów pucharowych, a na dodatek z Wisłą Puławy trzeba było zagrać jeszcze te dodatkowe pół godziny.

Przechodziliście jednak kolejnych rywali i awansowaliście do 1/8 finału Pucharu Polski. Pamiętasz otoczkę tamtego meczu z Wisłą Kraków? Wspominasz to jeszcze do dzisiaj?

Nie da się ukryć, że to było wielkie święto w Bytowie. Każdy z zawodników to odczuł. Cała otoczka z tym związana. Dostawione trybuny, tyle tysięcy ludzi na meczu, plakaty na mieście, także tego się nie dało uniknąć, żeby tego nie odczuć. Fajna przygoda na pewno taka, która zostanie do końca życia w pamięci.

Tobie zostanie chyba tym bardziej, bo byłeś bliski zdobycia bramki w tamtym meczu. Trafiłeś jednak w spojenie.

Tak, to była dość duża odległość, bo około 35 metrów i jednak zabrakło tych paru centymetrów. Wydaje mi się, że pięć centymetrów niżej i piłka mogłaby wpaść do siatki, ale nie wpadła i cóż, takie życie (śmiech).

Ale gdyby to wpadło, to byłaby piękna bramka.

Na pewno byłaby ładna, bo to była duża odległość i rzut wolny. Jak się ogląda różne filmiki, to widać, że piłka miała fajną rotację, ale zabrakło tych pięciu centymetrów.

27.10.2009 r. Kibice Bytovii w czasie meczu z Wisłą Kraków.

Przygotowywaliście się jakoś specjalnie do tego meczu czy to był normalny cykl treningowy?

To był normalny cykl treningowy. Nie było specjalnych przygotowań taktycznych czy pod względem wysiłkowym, to wszystko toczyło się normalnie. Trzeba się było tylko uspokoić, delikatnie się odciąć, żeby myśleć tylko o tym meczu, a nie o tej otoczce, która się się w Bytowie stworzyła. Jak były stawiane dodatkowe trybuny, to każdy to widział, każdy o tym myślał, to jednak w tym dniu trzeba się było od tego odciąć i myśleć tylko o meczu. Sądzę, że wyszło całkiem dobrze, bo jednak Wisła miała dużo więcej sytuacji. Była w tym meczu dużo lepszym zespołem, ale nie było wstydu. 0:2 z ówczesnym mistrzem Polski to nie był zły wynik.

Tak z perspektywy boiska myślisz, że byliście w stanie bardziej zagrozić Wiśle Kraków?

Myślę, że nie. Jeżeli udałoby nam się strzelić bramkę, to oni by strzelili na pewno o jedną bramkę więcej. Nie daliby sobie odebrać awansu w tym czasie. Motorycznie, szybkościowo i personalnie byli zespołem chyba nawet lepszym niż obecna Wisła, bo w tej polskiej lidze to ostatnio nie dzieje się za dobrze. Jeżeli strzelilibyśmy bramkę i nawet wyszli na prowadzenie, to sądzę, że koniec końców to oni doprowadziliby do tego, że wygraliby to spotkanie, bo jednak mieli mnóstwo sytuacji. Mateusz zagrał wtedy niesamowity mecz. Wybronił kilka stuprocentowych sytuacji. Tomek Cierson zagrał też super zawody. Myślę, że tak czy inaczej wygraliby to spotkanie.

Wracasz często myślami do meczu z Wisłą? Całej tej otoczki jaka wówczas się stworzyła?

Czasami tak. Na powtórkach w całości widziałem ten mecz tylko raz. Oglądaliśmy to spotkanie zaraz po nim, gdy mieliśmy możliwość obejrzenia go na pomeczowym bankiecie w Dąbiu. Tylko wtedy zobaczyłem ten mecz w całości na powtórce, a poza tym to przez tyle lat kolejny raz już nie widziałem tego spotkania. Czasami myślę o tym, ale to wspominam przez pryzmat całej przygody z Pucharem Polski. Nie tylko tego meczu, bo były dużo wcześniej też trudne spotkania. Nie było wtedy takiej otoczki, ale to zostało w głowie i sercu. Tego już nikt nam nie odbierze. Do tego zawsze będzie można wracać pamięcią.

Myślisz, że zmęczenie Pucharem Polski przełożyło się na to, że prawie spadliście w tamtym sezonie?

Utrzymaliśmy się wtedy tylko dzięki temu, że Piast Choszczno się wycofał. Na pewno mecze pucharowe miały wpływ na motorykę, bo jednak zmęczenie było większe. Graliśmy często co trzy dni. Wtedy klub jeszcze nie był taki, jak jest teraz. Nie było takiego profesjonalizmu, jaki jest obecnie. Wówczas nie mieliśmy żadnego masera czy lekarza w drużynie. Wtedy prawie wszyscy zawodnicy pracowali zawodowo. To była inna piłka i inny zupełnie inny klub. Nie było wtedy tak dobrze, jak jest teraz. Zmęczenie fizyczne też trochę przyczyniło się do nie najlepszych wyników ligowych, ale wtedy też problem leżał w głowach. Liga spowszedniała i nie wywoływała już takich emocji, adrenaliny, już te możliwości wolicjonalne zawodników wydaje się były niższe niż w pucharach. W lidze mieliśmy też sporego pecha. Dużo meczów się nam nie układało, co gdzieś strzeliliśmy bramkę, to w końcówce ją straciliśmy i bardzo dużo punktów nam wtedy uciekło. Oczywiście Puchar Polski na pewno miał swój wpływ na oblicze zespołu w lidze.

Zagrałeś półtora sezonu w III lidze, po czym odniosłeś poważną kontuzję. Myślisz, że to wpłynęło w dużym stopniu na to, że tak szybko zakończyłeś swoją przygodę z piłką?

6.10.2007 r. Bytovia Bytów – Gryf 95 Słupsk 2-1. Maciej Maciejewski walczy o piłkę z byłym reprezentantem Polski – Pawłem Kryszałowiczem.

To była bardzo poważna kontuzja, bo było to zerwanie więzadeł krzyżowych tylnych, czyli jeden z najcięższych urazów wśród piłkarzy. Było to na początku nowej rundy w sezonie 2009/10 w meczu z Cartusią Kartuzy. Po tej kontuzji już nigdy nie doszedłem do takiej dyspozycji, jaką miałem przed tym urazem. W klubie to wtedy zupełnie inaczej wyglądało. Nie było żadnego sztabu medycznego. Przy rehabilitacji dużo rzeczy trzeba było załatwiać samemu. Później już trudno było wrócić. Zagrałem jeszcze jeden mecz, gdy Bytovia awansowała z III do II ligi, wszedłem wtedy na kilkanaście minut. Był to mój ostatni mecz w III lidze.

Próbowałeś jeszcze później gdzieś pograć?

Miałem przygodę w Ustce, ale to była totalna klapa, bo wtedy ten klub był w rozsypce. Brakowało organizacji i ciężko było się tam zmobilizować do lepszego grania. Z dyspozycją sportową bywało różnie, ale później próbowałem swoich sił w rezerwach Bytovii. Rozegrałem parę meczów i to było w zasadzie wszystko po tej kontuzji. Później życie zmusiło do wyjazdu za pracą zagranicę, także moja przygoda z piłką się zakończyła.

Trudno było pogodzić się z odejściem od piłki nożnej?

Bardzo trudno. Grałem w piłkę od najmłodszych lat. Najpierw na podwórku, później w szkole, a na końcu w klubie. Był to sposób na życie. Ciężko się było odnaleźć na samym początku, bo całe życie kopało się piłkę, a później nagle trzeba było zmienić priorytety i obrać inny kierunek niż piłka nożna i właściwie zrezygnować z grania. Jak już wyjechałem za granicę, to już nie było czasu ani możliwości, żeby kopać piłkę.

Skończyłeś swoją przygodę z piłką w wieku 28 lat. Myślisz, że miałeś niewykorzystany potencjał i mogłeś więcej wyciągnąć z kariery piłkarskiej?

Na pewno. Zawodnicy z którymi grałem i są starsi ode mnie jeszcze grają w piłkę, także myślę, że na pewno zakończyło się to dużo wcześniej niż przewidywałem. Zupełnie inaczej to sobie wyobrażałem. Myślałem, że gdy nawet zakończę przygodę z Bytovią, to że jeszcze w ościennych klubach będę mógł pokopać piłkę, ale życie to brutalnie zweryfikowało i trzeba było wyjechać. Musiałem poszukać jakiejś pracy i automatycznie te drzwi do kontowania piłkarskiej przygody się zamknęły.

Byłeś słynny z tego, że miałeś bardzo silne uderzenie. Niektórzy mówili, że potrafisz kopnąć z końską siłą. Stąd było Twoje przezwisko „Koniu”?

Tak, wtedy u nas każdy miał jakiś pseudonim. Nie było zawodnika, żeby ktoś nie miał ksywki. To wyszło od Artura Kobieli, który pierwszy mnie tak nazwał i jakoś to się później przyjęło w zespole i nawet poza nim, bo podchwycili to również kibice. Głównie wiązało się to z uderzeniem z lewej nogi, no i może również z moją masą, bo wtedy byłem najcięższym zawodnikiem na boisku i ta siła była troszkę inna niż u pozostałych piłkarzy.

Jak wspominasz tamtą szatnię, zawodników, którzy wtedy grali w Bytovii?

To był niesamowity kolektyw i niesamowici ludzie. Obserwując różne zespoły i będąc w innych szatniach, to nie spotkałem się już nigdy z czymś tak fajnym, jak właśnie w Bytovii. Tam każdy mógł z każdego pożartować. Były różne śmieszne historie. Byliśmy niesamowicie zżytym zespołem. Robiliśmy np. kawały starszym zawodnikom. Wysyłaliśmy młodszych, żeby coś zrobili głupiego, a ci starsi piłkarze patrzyli na to, co oni właściwie robią i różne śmieszne sytuacje z tego wychodziły. Było naprawdę wesoło.

Wówczas mieliśmy zupełnie inne warunki w szatni. Było zupełnie inaczej niż to teraz wygląda. Musieliśmy dbać o tę szatnię. Z początku jeszcze jak przychodził trener Walkusz, to musieliśmy sami ją sprzątać. Samo to, że musieliśmy sami to robić, to już w pewien sposób budowało więzi, które później przekładały się na boisko. U nas wtedy było tak, że każdy za każdego do ostatniej kropli krwi mógł walczyć i wykrzesać z siebie maksimum możliwości. Wsadziłby głowę tam, gdzie niejeden bałby się wsadzić nogę.

Czyli wasza zażyłość z szatni była widoczna na boisku?

Mieliśmy tak mocną szatnię, byliśmy tak zżytym zespołem, że miało to bardzo duży wpływ na nasze wyniki sportowe i zachowanie na boisku. Motoryka i forma to jedno, ale szatnia i zżycie to drugie.

Podobno na treningi przyjeżdżałeś kiedyś motorem. Masz go do tej pory?

Tak. Mam oryginalnego junaka 1964 r. i jest cały czas ze mną. Ma u mnie dożywocie (śmiech). Na pewno nigdy go nie sprzedam. Będzie ze mną do śmierci. Cała ta pasja do motocykli wzięła się od mojego sąsiada, który też miał kiedyś junaka i chodziłem do niego do warsztatu. Bawiłem się tam, pomagałem mu i zaraził mnie pasją motoryzacyjną. Później gdy odłożyłem trochę pieniędzy, to postanowiłem, że złożę sobie takiego junaka i udało się. Po roku kupowania części, renowacji z pomącą właśnie tego sąsiada złożyłem taki motor, który mam do dziś.

I dalej się dobrze sprawuje?

Bardzo dobrze. Niedawno po zimie go odświeżyłem, odpaliłem, także wszystko sprawuje się tam perfekcyjnie.

A ta pasja wiąże się tylko z tym jednym motorem, czy ogólnie całą motoryzacją?

Głównie skupiam się na polskim klasyku, w tym oczywiście na junaku. Interesuję się też innymi motorami, ale bardziej interesują mnie klasyki niż nowe motocykle typu Kawasaki czy Honda. To nie jest mój przedział. Wolę motory klasyczne.

Czym się obecnie zajmujesz? Gdzie pracujesz?

Pracuję w Norwegii już piąty rok. Mam swoją firmę budowlaną i działam w tym zakresie.

Twoja mama była nauczycielką, nie myślałeś, żeby pójść również w tę stronę?

Wszystko pod tym kątem robiłem. Dlatego poszedłem na studia do Gdańska. Studiowałem na Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu. Skończyłem te studia, obroniłem pracę magisterską. Jednak możliwości jeśli chodzi o pracę w szkole były bardzo ciężkie. Nie było wolnych etatów. Trudno było się gdziekolwiek załapać. Dlatego wyszło jak wyszło i musiałem wyjechać.

Myślisz o powrocie do Polski?

Jak najbardziej. Myślę o powrocie. Jestem tego bliżej niż dalej.

Śledzisz wciąż wyniki Bytovii?

Oczywiście. Tego nie da się wypędzić z głowy. Na stronę Bytovii wchodzę praktycznie codziennie. Podobnie na 90minut.pl. Interesuję się bardzo polskimi rozgrywkami. Zarówno I, II, III ligą, jak i rozgrywkami regionalnymi. Bardzo dużo znajomych, z którymi grałem w piłkę jest jeszcze zawodnikami bądź już trenerami. Teraz w dużym stopniu interesuje mnie okręgówka, bo jest tam dwóch kolegów, którzy prowadzą zespoły. Jednak Bytovia jest zdecydowanie na pierwszym miejscu. Staram się obserwować i czytać co tylko jest dostępne w sieci o naszym zespole.

Myślałeś może o tym, żeby być trenerem?

Mam papiery trenera drugiej klasy w piłkę nożną, co jest na tym samym poziomie co licencja UEFA A, jednak trzeba zrobić kurs wyrównawczy, które u nas nie są zbyt często organizowany. Ostatnio był kurs, na który trzeba było napisać egzamin wstępny, żeby się dostać. To wszystko jednak wiąże się z czasem. Jest bardzo dużo zjazdów. Dziesięć weekendów plus jeszcze napisanie pracy trenerskiej, także żeby zrobić takie papiery i się rozwijać, to trzeba być na miejscu w Polsce. Trzeba poświęcić na to dużo czasu. Pracując zagranicą niestety nie mogę tego pogodzić.

Jeszcze na koniec zadam ci dość trudne pytanie. Jeśli miałbyś zestawić Bytovię dawną do obecnej, to jakie widzisz różnice? Jak klub rozwinął się przez te lata?

Na pewno to są dwie różne Bytovie. Jednak I liga to rozgrywki w pełni profesjonalne. Już żaden z zawodników nie pracuje zawodowo. Wszystko jest postawione na grę w piłkę nożną i każdy piłkarz tylko tym się zajmuje. Moim zdaniem nie można nawet tych dwóch Bytovii ze sobą porównywać. Kiedyś piłka w Bytowie wyglądała zupełnie inaczej. Wtedy często spotykaliśmy się prywatnie, mieliśmy bardzo przyjacielskie kontakty. Z tymi ludźmi, z którymi grałem w piłkę mam często kontakt do dzisiaj. Rozmawiamy telefonicznie czy też organizujemy jakieś spotkania przy grillu. Kiedyś sportowo mieliśmy dużo niższy poziom i przez to kontakty międzyludzkie były zupełnie inne. Teraz nie wiem jak to wygląda, ale za moich czasów to często zostawało się w szatni, siedziało się tam czasami nawet po kilka godzin, dopiero po takim czasie rozchodziliśmy się do domów. Razem organizowaliśmy imprezy np. sylwestra. Traktowaliśmy się po prostu jak przyjaciół.