Znani Niezapomniani: Artur Chajecki

Od lat związany jest z Bytovią. Dawniej jako zawodnik, a dziś jako trener rezerw oraz Juniora F2. – Trener, gdy w klubie jest wychowawcą młodzieży, to musi świecić przykładem – mówi Artur Chajecki w kolejnym odcinku serii „Znani Niezapomniani”.

Zaryzykuje tezę, że niemal każdy, kto w naszym mieście zainteresuje się piłką nożną, w pewnym momencie trafi do Bytovii, czy to jako zawodnik, czy kibic. Podobnie było w Pana przypadku?

Myślę, że tak jest. Za moich czasów, kiedy byłem nastolatkiem, to z mojej klasy większość chłopaków chodziła do Bytovii, czy wtedy jeszcze Baszty. Wiele dzieciaków przychodziła tu prosto z podwórek, więc było nawet kilkudziesięciu juniorów chętnych do trenowania. Warunki może nie były najlepsze, ale ciągnęło wszystkich do klubu. Był wtedy jeszcze bardzo mocny klub kolarski, ale tam potrzebny był porządny sprzęt, więc młodzież tam się aż tak nie garnęła do tego. Dużo młodzieży uczęszczało do klubu piłkarskiego i nie wszyscy później grali w piłkę. Czasami biegacze, czy siatkarze, to byli również ludzie związani z klubem, którzy po prostu na początku swojej przygody ze sportem grali w piłkę nożną. Futbol od zawsze był bardzo popularny w naszym kraju i nawet patrząc, ile dzisiaj jest chętnych dzieciaków, to widać, że garną się do sportu. A zaczynają gdzie? Najczęściej w klubach piłkarskich. U nas akurat spora część dzieci chodzi do Bytovii. Myślę, że trudno sobie wyobrazić, że dziecko jakkolwiek zainteresowane sportem nie przewinęło się nawet epizodycznie przez nasz klub.

A jak wyglądało to, gdy trener zaczynał przygodę z piłką?

Tak jak w wielu przypadkach. Jeden kolega namówił na WF-ie w szkole, żeby przyjść do klubu. Przyszliśmy. Były dwie czy trzy piłki do wyboru i 25 chłopców. Mnie się też udało, bo były rozgrywki szkolne w podstawówce i jak szkoły grały przeciwko sobie, to tam już grali chłopcy trochę starsi ode mnie w reprezentacji szkoły. Akurat tak się złożyło, że dość dobrze wypadłem na swojej pozycji, czyli lewej obronie. Wówczas chłopaki zaczęli mnie namawiać, żebym przyszedł do nich na trening. To była końcówka szkoły podstawowej. W tamtych czasach nie było żadnego skautingu, żadnych naborów itd. Młodzież się wtedy garnęła do sportu i tak jak większość kolegów po prostu sam przyszedłem do klubu.

Pierwsze kroki w piłce nożnej stawiał Pan pod okiem trenera Kazimierza Dankiewicza. To wychowawca wielu pokoleń bytowskich piłkarzy. Jak to było z nim współpracować?

Na samym początku grałem u trenera Stobińskiego, bo on był nauczycielem u nas w szkole i też się nami zajmował. Jednak później większość młodzieńczych lat spędziłem w klubie u trenera Dankiewicza. Przede wszystkim to był bardzo dobry technik. Uczył młodych ludzi tego, co jest bardzo potrzebne, czyli techniki. Jest to ikona, jeśli chodzi o naukę piłki nożnej w Bytowie.

Futbol przełomu lat 80. i 90. różnił się chyba bardzo mocno od tego znanego obecnie?

W Bytowie nie funkcjonował wtedy zawodowy futbol, który działał raczej w dużych miastach. W mniejszych miasteczkach to była piłka lokalna. Bardzo rzadko w latach 90. byli piłkarze napływowi, którzy byli transferowani do klubu. W większości grali miejscowi chłopcy. Była wtedy dużo inna atmosfera. Nie było profesjonalizmu, takiego jak jest teraz. Inne było też podejście do sportu. Chyba nikt, będąc nastolatkiem poważnie i realnie nie myślał o tym, że zostanie profesjonalnym piłkarzem w Widzewie czy Legii. Liczyło się fajne granie tutaj u nas na lokalnym podwórku. Była to okręgówka, ale wówczas był to czwarty poziom rozgrywkowy w Polsce, więc była to silna liga. Grało tam wielu dobrych piłkarzy, jednak były to zupełnie inne czasy.

W Bytovii lat 90. grało kilku znanych później bardzo dobrze lokalnej społeczności zawodników m.in. Rysiu Mądzelewski czy Wojtek Pięta. Jak się z nimi grało?

Za moich czasów piłkarzami, którzy opiekowali się młodszymi zawodnikami, byli Andrzej Trapp i Rysiu Mądzelewski. W prosty sposób uczyli nas piłki. Rysiu był wybitnym piłkarzem już wtedy, kiedy ja z nim grałem. Andrzej myślę, że zrobiłby dużą karierę, bo miał niesamowite predyspozycje do sportu, ale zmogły go kontuzje. On obijał się już o młodzieżową reprezentację Polski. Tylko niestety jego rozwój zatrzymały urazy. Mieliśmy wówczas oczywiście trenera, który tłumaczył nam pewne sprawy taktyczne i zachowanie na boisku. Jednak Rysiu czy Andrzej w prosty sposób, po koleżeńsku mówili, co mamy robić na boisku. Dzięki swojemu doświadczeniu bardzo szybko ustawiali nas na boisku. Myślę, że również dla trenera tacy zawodnicy, nieco starsi i bardziej doświadczeni, ale przede wszystkim porządni ludzie, to jest skarb. Robili dużą robotę dla trenera i klubu, dlatego tak ich cenimy nawet po latach.

Było widać już wtedy u Rysia dryg trenerski?

Nie miałem nigdy do czynienia z Rysiem jako trenerem. Byliśmy kolegami z drużyny, a nawet był taki moment, że „Madziara” grał u mnie, jako piłkarz w Studzienicach. Rysia postrzegałem zawsze jako człowieka nastawionego przede wszystkim na granie. Dla mnie to był zawsze piłkarz. Nigdy nie łączyłem go z pracą trenerską. Później, jak został trenerem w Bytovii na przełomie wieków, to byłem już poza klubem. Studia i granie, gdzie indziej, więc trudno mi powiedzieć, jak rozwijały się jego umiejętności trenerskie. Natomiast obecnie współpracując z nim w klubie, to widać, że jest bardzo oddany klubowi i myślę, że jest bardzo przydatny, jako doradca. Pewnie, gdyby wcześniej zaczął swoją przygodę trenerską, to na pewno dziś byłby samodzielnym szkoleniowcem na niezłym poziomie. To wiązałoby się jednak z ciągłym szkoleniem i rozwojem umiejętności. Rysiu musiałby więc obecnie nadrobić pewne rzeczy. Jednak pewne czynniki mu wcześniej przeszkodziły. Długo grał w piłkę, później doznał tej okropnej kontuzji, musiał poświęcić też trochę czasu rodzinie. Myślę jednak, że byłby dobrym trenerem. Jak na razie obserwując jego pracę w naszym klubie, to myślę, że się sprawdza.

Niestety ominął Pana awans do III ligi wywalczony w sezonie 1993/94. Dlaczego?

Poszedłem wtedy na studia i nie brałem udziału w awansie. Dopiero jak drużynę przejął trener Karaczun, to trenowałem z zespołem, niestety nie miałem załatwionej karty zawodniczej. Ona przepadła gdzieś w Stali Jezierzyce. Był jednak taki mecz chyba ze Spartą Brodnica, który przegraliśmy w Bytowie jedną albo dwiema bramkami i siedziałem wtedy na ławce rezerwowych. Bez papierów, bez rejestracji. Nie wszedłem wtedy na boisko, ale chociaż tyle byłem z drużyną. W tamtym czasie jak miałem chwilę i wracałem do Bytowa ze studiów, to wpadałem na trening. Czułem się częścią tej drużyny.

W tamtych czasach chyba powszechna była praktyka grania „na lewo”, czyli bez rejestracji w danej drużynie i na cudze papiery?

Znam takich zawodników, którzy potrafili w weekend obskoczyć trzy czy cztery mecze. Nie było żadnego problemu z graniem „na lewo”. Muszę przyznać, że sam tak robiłem i to nawet na dość wysokim poziomie, bo w III lidze. Grałem na cudze nazwisko, gdzie w tamtych czasach to było normalne. Jeżeli to były mecze pomiędzy zespołami z pobliskich miejscowości, gdzie znało się zawodników, to czasami nie było sposobu, żeby oszukać. Jednak był kluby, w których takie praktyki były nagminne.

W którym roku roku pożegnał się Pan jako zawodnik z Bytovią?

Nie pamiętam dokładnie, ale pamiętam okoliczności w jakich się to stało. Pamiętam, że był wtedy taki piłkarz Miłosz Augustynowicz. Do dziś jest nawet trenerem w Uranii Udorpie. Miłosz dostał wtedy szansę od trenera grania w pierwszym zespole. Chłopak zagrał fantastycznie na środku obrony, jako nastolatek. Możliwe, że było to w Cewicach, wtedy miały one dość mocną drużynę. Do przerwy mieliśmy wynik 0:0 i Miłosz zagrał świetnie. W przerwie przyszedł do niego trener i kazał mu zejść. Wstawiłem się za młodszym kolegą i zapytałem dlaczego, przecież chłopak gra dobrze, a trener go ściąga, nie tłumacząc nawet z jakiego powodu. Okazało się, że była umowa z trenerem juniorów, że on ma zagrać drugą połowę w juniorach. Oburzyło mnie to bardzo. Nie powiedzieli Miłoszowi, dlaczego ma zejść z boiska, on się wypytywał starszych kolegów, czy grał dobrze, czy źle, bo nie wie, dlaczego schodzi. Poza tym wyszły sprawy organizacyjne w klubie. Chodziło o ubezpieczenia chłopaków. Pamiętam, że chyba Artur Gospodarek złamał nogę i dostał może za to 30 złotych z klubu. Nie starczyło nawet, żeby chłopakom postawić po piwie. Denerwowało mnie to, że tak są traktowani najstarsi piłkarze, jak Trapp, Mądzelewski, czy właśnie Gospodarek. Oddali całe swoje młodzieńcze życie dla naszego klubu i dużo zdrowia, a w takim momencie oni dostają 30 złotych. Nie podobało mi się, że te kwoty ubezpieczeń były tak niskie, że aż tak źle byli traktowani piłkarze. Poszedłem pograć do innego klubu, gdzie właściwie sytuacja była podobna (śmiech). Byłem wtedy młody i myślałem, że da się pewne rzeczy zmienić na lepsze. Czasy były, jakie były. Każdy liczył grosz do grosza, więc stąd te oszczędności.

Był chyba taki folklor organizacyjny w tamtym czasie?

Oczywiście. Istnieli wtedy tzw. ludzie instytucje. Trener potrafił wtedy ogarniać kilka funkcji w klubie. Od koszenia trawy po prowadzenie drużyny. Byłem w tamtych czasach w kilku lokalnych klubach, gdzie byli ludzie, którzy zajmowali się wszystkim. Profesjonalizm zaczął wchodzić, dopiero gdy znaleźli się poważni sponsorzy i można było to powoli ogarniać. Oczywiście czasy Drutexu, to była już inna bajka. Jednak, gdy wchodziła wcześniej firma Ar-Du, już zaczęły być lepiej układane sprawy sprzętowe, trafił się nawet jakiś obiad. Była też woda w klubie, a kiedyś to nie była norma jak obecnie. Pierwsze pieniądze dostali też chłopaki za wygrany mecz. Nie były to duże pieniądze, jakieś kilkadziesiąt złotych, ale tak się zaczynała ta poważna organizacja w klubie.

A było na przykład tak, że ci „ludzie instytucje” mieli na tyle duże wpływy, że potrafili się dogadać się przed meczem na konkretny wynik?

Jest taki piłkarz, który nigdy nie grał niżej niż IV liga, a do niedawna był jeszcze trenerem w III lidze. Tenże zawodnik powiedział kiedyś, że żaden mecz o stawkę w tamtych czasach nie był grany na czysto. Wszystkie spotkania były ustawiane za mniejsze lub większe pieniądze, za układy itd. Niestety według mnie było to nagminne. Wstyd się przyznać, ale też zdarzało się, że kilkukrotnie znalazłem się w takiej sytuacji. Dzisiaj żałuję, że człowiek się wtedy godził na pewne rzeczy. Chciałem dobrze dla chłopaków, dla drużyny i przymykałem oczy na pewne sprawy. Dziś mam wyrzuty sumienia, że też brałem w tym udział. Przykład trenera Dariusza Wdowczyka pokazuje, że może nie chciał brać w tym udziału, ale musiał. Piłkarze też może i nie chcieli, ale dorzucali się do tego. Takie były czasy. Handlowanie meczami nie było niczym nadzwyczajnym.

Zadebiutował Pan na ławce trenerskiej w bardzo młodych wieku. Jako zaledwie dwudziestokilkulatek objął Pan funkcję trenera Bytovii wspólnie z Aureliuszem Kosmacińskim. Jak do tego doszło?

Był to całkowity przypadek. Nie wiązałbym tego z wielką pracą trenerską. Po prostu odszedł jeden z trenerów, który wyjechał do Gdańska. Zrodził się przez to kłopot, bo nie było trenera. Ktoś musiał ogarnąć tę drużynę, żeby to się nie rozpadło w środku sezonu. Z Aureliuszem Kosmacińskim formalnie widnieliśmy jako trenerzy i faktycznie był taki okres, że przygotowaliśmy kilka treningów na głównym boisku, trochę biegaliśmy po górkach wokół stadionu z chłopakami. Nasza przygoda to jednak był tylko epizod. Może kilka meczów ligowych. Ktoś później przejął po nas drużynę.

Później trafił Pan jako zawodnik m.in. do Kaszubii Studzienice. Jak grało się w tych innych zespołach?

Znałem wielu chłopaków grających w Studzienicach. Zeszliśmy się tam, jako ekipa „stranierich”. Może jedna osoba ze Studzienic grała. Prowadził tę drużynę trener Jastrzębowski. Bardzo fajny człowiek. Na tamte czasy był to facet z papierami. Jak jeszcze byłem piłkarzem w Studzienicach, to mówił mi, że powinienem przejąć po nim Kaszubię. Tak się stało, że gdy skończyłem grać, to zadzwoniono do mnie z klubu, czy nie objąłbym funkcji trenera. Tam było wtedy małe zamieszanie z trenerami. Chyba rok po tym, jak skończyłem grać w piłkę, zacząłem trenować Kaszubię.

Jaki był najlepszy piłkarz, z jakim lub przeciwko któremu Pan grał?

Mnóstwo takich było, bo miałem styczność z wieloma dobrymi piłkarzami, grając w drużynie AWF-u na studiach. Najbardziej jednak zawsze imponował mi, jako piłkarz Wojtek Pięta. Mógł zdecydowanie dalej zajść, gdyby nie kontuzje. Bardzo sobie też cenie Andrzeja Trappa, Rysia Mądzelewskiego, Jarka Łozę, który był specyficzny na boisku, ale nauczył cwaniactwa w wielu boiskowych sytuacjach. Pamiętam, że swego czasu na hali grał z nami Czesław Michniewicz, czyli obecny trener kadry U-21. Grali też chłopacy z Lechii, czy Arki, ale największe wrażenie robił na mnie wspomniany wcześniej Wojtek. Był to przecież reprezentant Polski w futsalu.

Myśli trener, że mógł zagrać wyżej niż III liga w czasie swojej piłkarskiej przygody?

Na pewno można było wiele rzeczy zrobić lepiej, można było lepiej się prowadzić. Szkoda, że nie trafiłem na ludzi, którzy zmusiliby trochę do pewnych rzeczy młodego człowieka. Biorąc pod uwagę moje umiejętności czysto piłkarskie, to granie w III lidze to dla mnie w tamtym czasie był maksymalny poziom. Wyżej raczej bym nie dał rady.

Jest pan również nauczycielem WF-u w miejscowym liceum. Do młodzieży trzeba mieć chyba specjalne podejście?

Mamy specyficzną młodzież, która jest nastawiona przede wszystkim na naukę. Bardzo często są to mądrzy już ludzie. Z nimi trzeba też inaczej pracować w szkole. Myślę, że trzeba ich traktować bardziej po partnersku, szczególnie te starsze klasy. Oni mają dużo różnych, ważnych problemów w szkole. Matematyka, polski, czy w końcu matura, więc wychodzę z założenia, że WF ma być odskocznią od tych wszystkich przedmiotów. Nie ma sensu cisnąć tych młodych, żeby oni z WF-u robili nie wiadomo co. Jeżeli ktoś chciałby dalej coś w tym zakresie robić, to może pójść na AWF, czy będzie trenował w klubie. Jeżeli wcześniej stawiał na sport, to trafi raczej do SMS-u, czy szkoły zawodowej, gdzie przy okazji uprawiania jakiejś dyscypliny, można zrobić zawód. Praca w ogólniaku jest bardzo specyficzna. Trzeba do młodzieży podejść na pewnym luzie, bo oni są nastawieni na naukę, a nie sport.

A czy faktyczne zwolnienia z WF-u są problemem?

Były czasy, że było ich dużo więcej, była moda na to. Patrząc na swoje lekcje, to widzę, że jest tego dużo mniej. Zawsze namawiam młodzież, szczególnie dziewczęta, bo wśród nich jest najwięcej zwolnień, żeby nie przynosili zwolnień całkowitych. Wolę jak uczeń podejdzie i powie: proszę Pana, jest kłopot, źle się czuję, mam bardzo ważną klasówkę, uczyłem się i jestem nieprzygotowany do zajęć. Wolę tak z młodym pogadać bezpośrednio bądź zachęcam do zwolnień częściowych. To, że ktoś ma pewien kłopot np. z kręgosłupem, to nie znaczy, że ma nie robić nic na WF-ie. Wystarczy skonsultować to z lekarzem i on odradzi, których ćwiczeń nie należy robić. Jestem w stanie wygospodarować na lekcji miejsce i sprzęt, gdzie uczeń mógłby wykonywać ćwiczenia wskazane przez lekarza. Zachęcam więc do zwolnień częściowych.

Wiem, że trener ma duże poczucie humoru. Słyszałem opowieść o pewnej sytuacji związanej z nauczycielem historii w LO Ireneuszem Klamanem. Mógłby Pan to rozwinąć?

Poważna historia, związana z naszymi młodymi piłkarzami z rezerw Bytovii. Irek Klaman miał starą poradziecką lodówkę, która wyglądała jak sejf w klasie. Traktował to jako eksponat, bo była to klasa od historii. W pierwszy dzień wiosny miałem WF z 3 klasą, w której byli m.in. nasi piłkarze. Pomyślałem, że zrobię chłopakom kawał, w końcu jest ku temu dzień. Poprosiłem ich, żeby poszli przebrani już w koszulki i spodenki do pana Klamana. Powiedziałem im, że poprosił mnie, żeby przenieśli tę lodówkę na jakąś ciężarówkę na parkingu. Oczywiście nic takiego nie miało miejsca. Irek nic o tym nie wiedział. Chłopcy oczywiście chętni do pomocy. Przyszli do pana Klamana na historię i mówią, że oni przyszli po tę lodówkę. Irek na nich patrzy ze zdziwieniem i pyta jaką lodówkę? Oni odpowiadają, że mieli przenieść lodówkę na ciężarówkę na parkingu (śmiech). Oczywiście, jak zobaczyli minę pana Klamana, to zrozumieli, że zrobiłem im żart. To jednak nie koniec historii. Później miałem okienko na trzeciej godzinie. Wracam na czwartą godzinę na lekcję na salę gimnastyczną, a na środku sali stoi ta lodówka. Obok stali też chłopaki i się śmiali. Zostawili mi półtonową lodówkę na środku sali (śmiech). Fajny obustronny kawał.

Jak to jest łączyć pracę trenera małych dzieci w Juniorze F2 i seniorów w rezerwach? Jest to trudne zadanie?

Pomysł zrodził się z tego względu, że chcieliśmy szybko wkomponować nowe dziecięce roczniki do naszej drużyny, żeby funkcjonowała ciągłość szkolenia od dziecka do seniora. Akurat w drugim zespole prawie cały czas poza zeszłym sezon prowadzimy zespół z Jackiem Maszkowskim. Jacek zaproponował, czy byśmy nie poprowadzili też juniorów. Na początku mieliśmy prowadzić na zmianę. Kilka treningu ja, kilka treningów on. Natomiast okazało się, że z tymi dziećmi to jest tak trudna robota, bo są bardzo ruchliwe. Jest ich tak dużo, że pomagają nam chłopaki z pierwszego zespołu, za których pracę serdecznie dziękuję. Czasami w czwórkę nie możemy okiełznać tych dzieci. Stwierdziliśmy więc, że prowadzimy razem zespół seniorów i dzieciaczki. Trudna robota. Na pewno wygodniej byłoby się zdecydować, że albo to, albo to. Sytuacja jest, jaka jest i chcemy, żeby to było porządnie robione. Na razie funkcjonuje to dobrze. Dzieci są zadowolone, rodzice są zadowoleni. Nie chcemy tego rozrzucać. Myślę, że ten rok na pewno przepracujemy w ten sposób do końca, ale jest trochę skakania. Jest dużo przygotowywania treningów. Na pewno trzeba mieć różne podejście. Czasami mamy trening po treningu. Najpierw prowadzisz zajęcia z dziećmi, gdzie musisz zachowywać się, jak wujek, tata. Musisz z tymi dziećmi rozmawiać, a za chwilę musisz pracować z seniorami i trzeba już spoważnieć, jest męski sport. Jednak czasami jakieś zdrobnienia się zdarzają, jest jakaś „piłeczka”, „zagryweczka” itd. To się bierze chyba z treningu dzieci.

Co bardziej trenerowi odpowiada? Trening juniorów czy seniorów?

Zawsze lubiłem pracę z młodzieżą. Zaczynałem w Bytovii pracę od juniorów, gdzie graliśmy w Pomorskiej Lidze Juniorów. Praca w seniorach to jest bardzo poważna i odpowiedzialna robota, jak np. w naszym pierwszym zespole. Albo męczarnia w małych miejscowościach, gdzie ludzie pracują, wyjeżdżają za granice. Mają inne podejście do sportu. W przypadku pracy z dziećmi nie może być błędów. Tutaj dzieci kodują pewne nawyki. Jeśli zaczniemy je od dzieciaka źle uczyć, to później to zostanie i będzie trudno to wyeliminować. Tu praca jest bardzo odpowiedzialna, zarówno jeśli chodzi o sport, jak i wychowanie. Akurat w naszych rezerwach nie mamy typowego zespołu seniorskiego. Jest dużo młodych chłopaków, co mi odpowiada.

Jak układa się współpraca z trenerem Jackiem Maszkowskim?

Pracujemy wspólnie w Bytovii ponad dziesięć lat. Jacek był kierownikiem drużyny i zawsze mi pomagał w prowadzeniu zespołów juniorskich. Na początku były to sprawy papierowe, ale zawsze też miał fajne podejście do młodzieży. Radził sobie nawet z trudną młodzieżą. Pomógł wielu chłopakom, gdy był ich trenerem, później w dorosłym życiu ich drogi mogły się już rozejść. Myślę, że chciał spróbować pracy trenerskiej z młodzieżą. Okazało się, że sobie radzi, osiągał sukcesy i został w tym. My jesteśmy różnymi ludźmi. Jacek jest czasami bardziej porywczy, natomiast ja jestem spokojniejszy. To się często uzupełnia. Myślę, że o to chodzi. Gdybyśmy oboje mieli takie same charaktery, czy to nerwowe, czy za spokojne, to mogłoby nie zatrybić. W wielu sprawach się uzupełniamy i mamy do siebie wzajemny szacunek. Próbujemy się zawsze dogadać, niż kłócić. Nie przypominam sobie, żebyśmy się z Jackiem o coś pokłócili. Ogólnie super współpraca.

Trener ma chyba również do zawodników nieco luźniejsze, koleżeńskie podejście?

Nigdy jako trener w dużej piłce nie byłem. W przeciwieństwie do Jacka, który widział, że ciągłe głaskanie zawodników i powtarzanie, że nic się nie stało, w seniorskiej piłce niewiele daje. Ja natomiast prowadziłem przede wszystkim grupy młodzieżowe, gdzie były różne przypadki i kłopoty. Jestem zazwyczaj pogodnym człowiekiem, więc staram się taki również być w pracy z młodymi piłkarzami. Stąd może ten luz, może czasami za duży. Nie mówię, że jest to idealny środek, bo bardzo często trzeba młodych przywołać do porządku, a samymi żartami, uśmiechem, czy luźnym podejściem się pewnych rzeczy się da załatwić. Czasami są takie momenty, że mnie trafia szlag, jeżeli nie widzę zaangażowania, jeżeli widzę, że zawodnik boi się grać w piłkę, to też jestem nerwowy i nieprzyjemny w szatni. Staram się jednak tłumaczyć młodym, że jeśli ktoś chce być w sporcie, to nie może się bać. To młodzież musi zrozumieć.

Spadek rezerw w sezonie 2018/19 wynikał z tego, że rezerwom zabrakło doświadczenia i ogrania na poziomie IV ligi?

Od początku to był bardzo młody zespół. Nawet w sezonie 2017/18, gdy pierwszy raz wspólnie z Jackiem prowadziliśmy rezerwy, to była to drużyna dopiero wchodząca w seniorską piłkę. Wtedy mieliśmy jednak bardzo fajne wsparcie z pierwszego zespołu. To była duża wartość dodana. Natomiast w kolejnym sezonie powstała taka sytuacja, że klub grał z nożem na gardle. Niestety przez dużą część sezonu w okolicach spadku. Rozumiem trenera Stawskiego w tamtym momencie, że chciał mieć piłkarzy przy sobie cały czas. Nie chciał pewnie, żeby ktoś nagle złapał kontuzję w drugim zespole. Chciał mieć wszystkich razem. Wysyłanie zawodnika z pierwszej drużyny do rezerw może różnie na niego wpłynąć. Chciał zapewne mentalnie tych piłkarzy zbudować, że są z „jedynką”, że są potrzebni. Myślę, że zabrakło wsparcia. Jeżeli popatrzymy na liczbę punktów, których zabrakło do utrzymania, to mówimy o dwóch dodatkowych zwycięstwach. Tam niewiele brakowało tym młodziutkim zespołem bez żadnego doświadczenia. Niestety wiele punktów uciekło przez tzw. frycowe. Wiele bramek wpadało takich, które rok później już by nie wpadły. Oni się już wiele rzeczy nauczyli. Widać teraz w klasie okręgowej, gdzie wielu młodych chłopaków też doszło, że zdarza nam się jeszcze płacić frycowe. Traciliśmy czasami niepotrzebnie punkty. Wracając jeszcze do sezonu 2018/19 to myślę, że przede wszystkim zabrakło nam wsparcia doświadczonych zawodników. Myślę, że spokojnie udałoby się utrzymać rezerwy, gdyby pierwszy zespół był wyżej w tabeli. Dzięki temu przerzucanie z pierwszej do drugiej drużyny odbywałoby się w spokojnej atmosferze. Wtedy wydaje mi się, moglibyśmy być spokojni o utrzymanie zespołu w IV lidze. Chłopaki mimo wszystko zrobili wtedy kawał dobrej roboty. Warto spojrzeć na to, ile się ci chłopcy nauczyli w tamtym sezonie. To jest sport. Awanse i spadki są wkalkulowane. Wiedziałem, że zawodnicy nie będą schodzić z pierwszego zespołu zbyt często i przeczuwałem, że o utrzymanie będzie bardzo trudno. Niemożliwe jest walczyć tak młodym zespołem pod dużą presją w końcówce sezonu skutecznie o trzy punkty, a o to trzeba było walczyć. Cieszyłem się po prostu z ich postępów. Zagrali dużo fajnych meczów jak równy z równym, chociażby z rezerwami Lechii czy Arki. Myślę, że powinniśmy z tamtego sezonu wyciągać więcej pozytywów, niż skupiać się na tym, że spadliśmy do okręgówki.

Rozgrywki ligi okręgowej z powodu pandemii zostały przerwane. Trudno było przygotować zespół do sezonu po tak długiej przerwie?

Generalnie przykra sprawa dla całego światowego sportu, bo wszystkie duże imprezy zostały odwołane lub przełożone. Też nie wiedzieliśmy, jak to będzie. Bardzo szybko różne decyzje były podejmowane, na które nie mieliśmy wpływu. Próbujemy po przerwie doprowadzić chłopaków do normalnej, optymalnej formy. Po prostu po powrocie w maju początkowe treningi traktowaliśmy jako okres przygotowawczy do okresu przygotowawczego, więc obciążenia też nie były duże. W pewnym momencie zaczęliśmy je zwiększać. Rozegraliśmy kilka sparingów i czekamy na początek sezonu, który już w niedzielę.

Czy decyzja o odwołaniu rozgrywek niższych lig nie była zbyt pochopna?

Strasznie skomplikowana sprawa. Uważam, że dużo rzeczy wprowadzono zbyt wcześnie. Super sprawa z granicami, to był bardzo dobry ruch ze strony rządu. Uważam, że za dużo rzeczy od razu zakazano. Wystarczyło pilnować trzech rzeczy: maseczki, rękawiczki i odstępy. Zdecydowana przesada np. z zamknięciem lasów. Natomiast widać, że wszyscy w pewnym momencie trochę za bardzo odpuścili i ludzie za bardzo zluzowali. Natomiast jeśli chodzi o sam sport, to bardzo trudno jest to oceniać. Patrząc, co się działo w Europie, to były chyba dobre decyzje.

Powoli zbliżając się do końca zadam pytanie, które przesyła trener Adam Zborowski, z którym znacie się od dziecka. Czy pamięta Pan słynne motto trenerskie selekcjonera reprezentacji Polski Wojciecha Łazarka i jak się trener do niego odnosi?

Wojciech Łazarek jest trenerem, który ma dużo niepowtarzalnych powiedzeń. Przypuszczam, że chodzi o, cytuję: „Chociaż dupcia poszarpana, ale zawsze proszę pana”. To zdanie padło podczas kursu trenerskiego, na którym byliśmy wspólnie z Adamem. Chodziło trenerowi o to, że chociaż szkoleniowcy w naszym kraju zarobki mają, jakie mają, często są niedoceniani i wyrzucani z klubów, krytykowani, przesadnie wyzywani, to zawsze powinniśmy darzyć się jako trenerzy szacunkiem. Przede wszystkim powinniśmy być trenerami z klasą, pomimo niedogodności, sytuacji, że ludzie dokuczają w różnych sposób, to musimy trzymać fason. Trener, gdy w klubie jest wychowawcą młodzieży, to musi świecić przykładem. Pomimo że czasy są trudne, warunki też niełatwe, to należy być trenerem z klasą i coś sobą reprezentować.

Podobno bardzo się Panu spodobało to powiedzenie?

Uwielbiam Wojciecha Łazarka, bo to jest trener z moich czasów. Prowadził przecież Lecha Poznań w meczu z Barceloną, gdzie walczyli jak równy z równym. Był też selekcjonerem reprezentacji Polski. Wielokrotnie był ekspertem przy okazji różnych ważnych meczów, czy imprez. Miał dużo tych powiedzeń. Pamiętam, że gdy komentował jeden z meczów polskiej drużyny chyba w Pucharze UEFA, to powiedział: „Krzysiu to jest dziś nabuzowany, jak kabanos” (śmiech). Do trenera Zborowskiego pewnego razu na kursie powiedział: „Panie Adamie, co pan tak skacze, jak zając po kapuście z tą piłką” (śmiech). Gdy mieliśmy wykłady z trenerem Łazarkiem, to pomimo sfatygowanego zdrowia, sytuacji rodzinnej, to nadal był człowiek z klasą. Bardzo przychylny trenerom, a w szczególności młodym. Wielki szacunek dla niego.

Ostatnio robił Pan album na urodziny Grzegorza Szymczewskiego z materiałów z czasów jego gry w Bytovii. Chyba zostały więc jeszcze kontakty z kolegami boiska?

Żona mi podsunęła mi pomysł przed urodzinami kolegi, żeby zrobić mu jakiś prezent związany z klubem. On tutaj grał jako piłkarz, był też trenerem, a żadnych pamiątek stąd nie miał, poza wspomnieniami i kolegami. Żona zasugerowała, czy czasem bym czegoś takiego nie mógł dla niego przygotować. Dzięki pomocy klubowych mediów udało nam się zrobić fajny album. Kilkadziesiąt różnego rodzaju zdjęć i publikacji. Łezka się w oku zakręciła. Wręczyliśmy mu go w urodziny. Wspominaliśmy długo różne historie tamtego dnia. Każde zdjęcie było omówione kilka razy. Fajna sprawa dla każdego, kto grał w piłkę i był związany ze swoim klubem.

Na koniec zapytam o to, czego zdaniem trenera powinni unikać młodzi zawodnicy w swojej przygodzie z piłką, aby realizować swoją pasję?

Poważna kariera piłkarska to jest splot wielu różnych zdarzeń. Spotka się na swojej drodze ludzi, którzy albo pokierują dobrze, albo źle. Przede wszystkim najważniejsza jest pasja do piłki od najmłodszych lat. Tutaj ważna jest rola rodziców, którzy muszą zaszczepić sport, czy inne życiowe pasje w dziecku i pomagać mu je realizować. Wówczas coś może z tego być. Trzeba też trafić na odpowiednich trenerów, właściwe miejsce, gdzie można się rozwijać. W przypadku piłki nożnej trzeba szybko postawić na sport. Trzeba iść do szkoły sportowej. To już nie są te czasy, gdy chłopak grał do 15 roku życia na podwórku, potem trzy lata pograł i wypłynął do Ekstraklasy. Dzisiaj trzeba już szkolić od dzieciaka. Tutaj jest duża rola właśnie rodziców, którzy muszą dziecko pokierować. Trenerzy w Polsce są coraz lepsi, dokształcają się, są coraz większe możliwości. Potrzeba też rozwagi, jeśli chłopak jest dobry. Myślę, że gdy jest on wstępnie ukształtowany, jako piłkarz, ma możliwości i z niego może coś być, to tutaj najważniejsi są ludzie, którzy go otaczają, w szczególności w klubie. Trzeba przypilnować wszystkiego, nawet jego życia prywatnego, nauki w szkole. Nawet jeśli młody jest świetny, ale np. stanie mu się coś z kolanem i skończy granie, to co wtedy? Nie ma zawodu, nie ma wykształcenia, nie ma nic. Trzeba takim młodym ludziom pomagać. Bardzo cenię trenerów, którzy potrafią zadzwonić, przejść się do szkoły i zobaczyć, co się z młodym dzieje. Są też te nieszczęsne internaty, tam też trzeba mieć na wszystko oko, co się tam dzieje, bo bywa różnie. Chociaż wiele jest takich przykładów, że ktoś zrobił poważną karierę piłkarską, a całe życie kumplował się z chuliganką. Dlatego tutaj tak ważna jest rola tych wszystkich ludzi dookoła, którzy potrafią wpłynąć na młodego człowieka, aby nie zatracił się w negatywnym środowisku. Bardzo duża jest rola trenera. Jeżeli zaczyna się już powoli poważne granie, to trzeba dużo z młodym rozmawiać i tłumaczyć pewne rzeczy. Najważniejsza jednak praca, praca i jeszcze raz praca. Bez tego nic się nie osiągnie. Na samym talencie daleko się nie zajedzie. Trzeba zasuwać i się nie zniechęcać.